Opowiadania.
wrzesień 22, 2006
parFILkour.
Umówiłem się ze znajomymi pod murkiem, gdzie kiedyś często przesiadywaliśmy. Był dzisiaj słoneczny dość dzień. Trzeba było to wykorzystać, że akurat Romek miał wolnę, więc można się spotkać spowrotem jak za starych dobrych czasów w trójkę. Ja, jak to ja, lubię być na czas, więc jak zawsze wyszedłem wcześniej. Po drodzę akuratnie spotkałem paczkę. Gdy doszliśmy na miejscę spotkaliśmy tam traceurs jak to oni lubią siebie nazywać. Jakoś nigdy mnie Parkour nie pociągał. Wydawał mi się to prosty sport. Zresztą, moim znajomym też. Jako, że mieliśmy wtedy wszyscy dobre humory, postanowiliśmy spróbować parkourowych wyczynów. Ja się przewróciłem, a moi kolecy wyglądali strasznie komicznie w swoich poczynaniach. Scena ta wywołała śmiech u trenujących obok nas. Byliśmy wysportowanymi chłopakami. Każdy z nas uprawiał jakiś sport na własną rękę. Postanowiliśmy upiec tym trzem nosa. Przez okolo 2tygodnie ćwiczyliśmy każdego dnia wszystkie techniki, które znaleźliśmy w internecię. Dowiedzieliśmy się co to jest Parkour. Dobrze, że to ta forma bez akrobatyki. Byliśmy gotowi. Obserwowaliśmy naszych snobów od pewnego czasu i rozszyfrowaliśmy, że biegają systematycznię po określonym torzę. Zapoznawaliśmy się z kolejnymi miejscami zaraz gdy tylko oni poszli biegać kawałek dalej. Po pewnym czasię dawało nam to nawet frajdę. Nadszedł dzień sądu. ‘Nieświadomi przeciwnicy’ wybiegli i zaczeli czarować po swojemu. Wtedy naszedł nas dylemat. Zrozumieliśmy, że jesteśmy juz lepsi. Nie trzeba było ich ośmieszać. Poszliśmy tam gdzie się umówiliśmy 3tygodnie wcześniej. Tam, gdzie nie dokończyliśmy rozmawiać. Wsumie to i tym razem nie rozmawialiśmy, a ja nauczyłem się speeda na lewą i prawą rękę.