Depresja, cd.
luty 10, 2007
Depresja CD.
I wybiegł szybko z domu na swój trening. Po treningu siłowym, który służył mu również jako rozgrzewka przed porannym biegiem z kolegami, był jeszcze umówiony z Alą, więc dzisiejszy dzień był zawalony.
Trening siłowy odbywał się przy małym murku z dwoma schodkami w dół. Pomimo tak małej ilości „narzędzi”, Jesse znajdował tam wszystko co potrzebował. Murek był dość wysoki, co pozwalało na podciągania, zwis. Schodki na precision przez nie. Wokół była trawa, na której mógł uprawiać zwykłe ćwiczenia gimnastyczne. Zajmowało mu to najczęściej dwie godziny. Dzisiaj nie było inaczej i punktualnie o 10.30 pod kościołem byli już wszyscy gotowi na bieg.
Każdy bieg był dokładnie zaplanowany. Czas, skąd dokąd. Nie było ustalane natomiast nigdy, które miejscówki będą wykorzystywane, ani techniki. Chcieli się uczyć kreatywnego biegu, który pozwoli im na coś więcej niż swobodne bieganie. Chcieli być nazywani pływakami, choć nigdzie w pobliżu nie było wody. Ten cel, który sobie obrali próbują osiągnąć każdego dnia coraz bardziej oraz skuteczniej. Inni traceurs, który również wielu w mieście, zachwycają się co dzień ich wyczynami. Niektórzy porównują ich do Yamakasi, a jeszcze inni uważają ich za idoli. Oni sami odłączają się od wszelkiego tego typu zachowań i są sobą. Biegną jak zawsze ze swoim celem i wiarą. Starają się tworzyć Parkour takim jakim jest i takim, jakim został stworzony przez Bell’a. Nie potrzebna im była akrobatyka, choć akrobaci też z nich byli dobrzy. Wiedzieli kiedy co można. Nigdy nie myśleli nad tym co robią, gdyż wszystko opierają na swoich odczuciach do poszczególnych sytuacji.
Przemek : Dobra Panowie. Ja na dzisiaj muszę już kończyć, bo się gdzieś umówiłem. Sorry, że Was nie uprzedziłem, ale nagła sprawa.
Adrian : No to idziemy w dom. Do wieczora.
Jesse : No ja jestem umówiony na 12.30 z Alą, ale sobie poćwiczę na miejscu spotkania hehe.
Po odejściu Jesse…
Przemek : Cholera, mam jego komórkę w plecaku. Adrian, skocz do niego bo ja nie mam czasu.
Adrian : Jesteś najbardziej leniwym traceurem jakiego znam, który wciska kit, że musi jeszcze gdzieś iść!!
Przemek : też Cie kocham. Idź już.
Adrian spokojnym krokiem szedł w kierunku spotkania Ali i Jesse. Dzień dopiero dochodził do południa, ale tego poniedziałku było dużo osób na mieście. Pogoda jak to pogoda w lato nie dawała ludziom siedzieć w domu przed telewizorem. Adrian nie lubił tak ciepłych dni, gdyż za łatwo się pocił podczas treningu. Reszta teamu również wolała lekki chłód i bieg w swetrze. Pomimo wielości ludzi na mieście zdołał Adrian zauważyć Jessego, który stał jak wmurowany w jednym miejscu. Oczy jego łzawiły, ale nie płakał, gdyż dość mocno próbował się powstrzymywać. Adrian nie rozumiejąc o co chodzi, podszedł do Jessego i zapytał :
Adrian : A Tobie co? Coś Ci do oczu wpadło i przykleiłeś się do gumy na drodze?
Jesse nie odpowiedział, tylko wskazał palcem za plecami Adriana. Była to Ala w namiętnym uścisku jakiegoś chłopaka. Z twarzy nieznany był nikomu, ale wyglądał na niezłego typa, z którym lepiej nie zadzierać. Jesse był bardzo mało konfliktowym chłopakiem, który przeważnie trzymał wszystko dla siebie. Dzisiaj stracił jedną z niewielu osób, której ufał i zwierzał się. Odwrócił się lekko, spuścił głowę i szedł powoli w stronę domu.
Adrian : Co za #@$^ jedna! Jak ona mogła?! Chłopie, wal ją, tak jak ona Ciebie! „Wiesz czym się różni szmata od kobiety? Kobieta się szanuję” Focus* miał rację! Nie warto!
Artur : Idę do domu…
Adrian : Kurde, chłopie. Nie możesz teraz zostać sam. Lecę po Przemka i zaraz u Ciebie będziemy!
W ten sposób rozeszli się. Jesse szedł powoli i myślał o tym, jak po raz pierwszy zobaczył Alę przed swoim oknem, gdy był już bliski popełnienia samobójstwa. Anioł, który uratował jej kiedyś życie, dzisiaj miał zamiar mu je znów odebrać. Jesse nigdy nie wyleczył się ze swojej depresji. Ona czekała w nim od dawna na odpowiedni moment by wrócić po raz ostatni. Nie chciał już wracać do domu. Skręcił w stronę lasu, by dokończyć to, co kiedyś mu przerwano.
Tymczasem Adrian rozmawiał już z Przemkiem i razem biegli do domu. Myśleli o tym jak maja mu wytłumaczyć, że nie warto, o tym co powiedzieć, czego nie powiedzieć. Myśleli o tym, jak ona to mogła zrobić…
Domofon
Przemek : Dzień dobry. Przemek z tej strony. My do Jessego.
Mama : Jessego nie ma w domu. Myślałam, że z Wami jest.
Przemek : Aha. Dziękuję. Dowidzenia.
Adrian : Kurde. Gdzie on polazł? Przecież powinien być wcześniej niż my. Prosta droga, a tym bardziej, jak szedł wzdłuż lasu.
Przemek : Matko Boska! Las! Pamiętasz co kiedyś tam powiedział? Nad tą przepaścią?
Adrian : O @#$#&!
Pół roku wcześniej…
Jesse : Pięknie tutaj. Kocham Alę, tak jak ona mnie, ale ciężko mi. Żyje bo mam Was i ją. Gdybym stracił jednego z Was, szala by się przeciążyła na drugą stronę. Raz już miałem pistolet w ustach. Więcej już tego nie zrobię…Ale ja głupoty gadam. Sorry…Ja nie mogę, nie mogę się napatrzeć na to miejsce. Wysoko, uh! Ciekawe ile backflipów można by tutaj wycisnąć hehe!
Adrian : Co za idiota! Masz nas i będziesz nas miał. A flipy niech Ci nie w głowie bo to i tak nic dobrego.
Przemek : Adrian, czy Ty nie możesz powiedzieć kiedyś zdania bez przekleństwa i obrażania innych? Adrian ma rację, czego często nie mogę stwierdzić Jesse.
Adrian : Spadaj na drzewo Przem! Masz ich tu w cholere!
I zaczęli biec w stronę lasu.
Cd. nastapi.
Fotograf.
luty 4, 2007
Fotograf.
Tomek skończył tego dnia 12lat. Mieszkał w dość biednej rodzinie, więc i prezenty nie mogły być zbyt imponujące. Tomek zawsze chciał być fotografem. Często wychodził na dwór ze swoim aparatem zabawką z plastiku i udawał fotografa. Robił zdjęcia wszystkiemu, na co ludzie nie zwracali uwagi, a dla niego było piękne. Tak jak złamana drabinka z bladą żółtą farbą, która w niektórych miejscach zardzewiała. Była tam też ławka, gdzie tutejsi blokersi popijali tanie alkohole i rozbijali puste butelki na ziemi. Robił też zdjęcia ptaków, które siadały obok petów, których pełno było wokół tej ławki. Dla większości były to smutne obrazu, ale dla Tomka, było w tym coś, co tylko głowa dziecka mogła tak ubarwić, że stało się to dla niego piękne. Nasz dzieciak kochał również samoloty. Miał parę modeli w domu, które skleił dawno temu. Wszystko było własnoręcznej roboty, gdyż koszt takiego samolotu przewyższał budżet młodzieńca. Tego września, dostał Tomek swój prawdziwy, stary aparat wraz z plastikowym samolotem do sklejenia. Tylko on wiedział, co to za samolot, który rodzice znaleźli niechcący w sklepie z zabawkami w koszyku ‘wszystko po 5zł’. Jemu nie było wiele potrzebne. Dość długo zajęło mu sklejanie owego samolotu, czego nie można było po nim zobaczyć. Radość jaką czerpał z tego była tak wielka, że do północy przesiedział przy małej lampce przy swoim modelu. Tuż przed pójściem spać położył swoje prezenty na małej szafce obok łóżka i poszedł spać.
Następnego dnia, po wieczornych trudach ze sklejaniem, mógł wyjść na dwór i zrobić po raz pierwszy prawdziwe zdjęcia. Robił zdjęcia wszystkiemu, od czego jego małe serce w jakiś sposób zmieniło rytm bicia. Kolegom grającymi w piłkę z którymi nigdy się nie bawił choć byli w jego klasie. Przechodniom, których miny mogłyby nie jednego przestraszyć. Biedakowi obok kościoła z kartką na której piszę Nie zabijaj. To była Tomka pasja z którą się urodził i którą żył całymi dniami. Nie wstydził się tego co robi, ani nie bał się robić zdjęć ludziom, którzy na co dzień prędzej zajmują się kradzieżą aparatów niż stawaniu w ich fleszu. Pomiędzy kolejnymi błyśnięciami, bawił się Tomek swoim samolotem, unosząc wysoko nad głową rękę ze swoją maszyną. Tego dnia postanowił młodzieniec zrobić zdjęcie muru, na którym grafficiarze popisali się wulgaryzmami. Na samym środku tego muru widniał jednak czerwony napis PK z ciekawym tłem. Tomek chciał tego dnia zrobić zdjęcie tej ścianie. Nie był jedynym, któremu spodobała się osiedlowa ściana. Znalazł tam nasz bohater ludzi, którzy wyprawiali małpie sztuczki w mniemaniu Tomka. Czegóż można się spodziewać po młodym chłopaku…Znalazł on tutejszych traceurs, którzy chcieli podnieść swoje umiejętności na murku i barierkach do niego przylegających. Owi traceurs byli idealnym celem do robienia zdjęć dla Tomka, którego źrenice powiększyły się na samą myśl o zdjęciach, które zaraz będzie mógł zrobić. Usiadł na trawie dość blisko, położył swój samolot obok siebie i pstrykał kolejne zdjęcia. Szybko kręcił pokrętłem na górze aparatu, by go nakręcić i móc zrobić kolejną fotkę, gdy jego modele postanowili zmienić miejsce treningu. Przejęty Tomek, postanowił pobiec za za nimi, zapomniawszy o swoim drugim prezencie. Był tam ktoś jeszcze, który śledził naszych bohaterów. Schylił się po zabawkę i wziął ją za sobą, oraz poszedł dalej za nimi z kapturem na głowie. Na bluzie było widać napis po angielsku, który znaczył ekstremalne sztuki a w ręku cyfrowy aparat, o którym Tomek mógłby tylko marzyć.
Traceurs zatrzymali sie na budynku, do którego był dobudowany już nadszarpnięty balkon. Fotograf-amator, mógł teraz zrobić zdjęcia nagich cegieł, które było widać w balkonie, ale i swoim małpką, które dalej trenowały nie zważając na wysokość. Pomimo zaproszeń, by podszedł bliżej, odmówił, gdyż był wstydliwym chłopakiem. Wystarczyło mu to co ma, a i tak dostał więcej, gdyż jego figury się uśmiechały i popisywały, by mógł zrobić jeszcze lepsze zdjęcia.
Nic niestety nie trwa wiecznie. Po tych dwóch treningach w miejscu, traceurzy postanowili pobiec przez miasto. Powiadomiwszy młodego artystę, zaczęli biec, a za nimi Tomek, który nie chciał ich opuścić. Bieg za nimi jak najszybciej tylko mógł, choć i tak nie miał szans ze starszymi od siebie chłopakami. Wdrapując się na wysoką ścianę z łatwością zostawili swojego małego fotografa za sobą.
W tym momencie pojawił się człowiek z czarną bluzą, który zdawał się śledzić młodego.
Anonim : Hej. Fajny masz aparat i widziałem, że ciekawe zdjęcia nim robisz. Też zajmuje się fotografią…No, ale ja w innej sprawie. Zapomniałeś o czymś. Masz tutaj swój samolot.
Tomek : Dzięki! Kto Ty? Nie widziałem Cię tu nigdy!
Anonim : Robie zdjęcia tym facetom co Ty. To byli traceurs, łapię to co dusza widzi a oko nie potrafi. Mów mi Erkh*. Dobry z Ciebie chłopak. Masz wyobraźnię, a takich nam teraz brakuje. Sądzę, że jeszcze kiedyś sobie usłyszymy.
Tomek : Erkh..dziwne imię, kied…
I odwrócił się do chłopaka plecami, negując jego krzyki by wrócił. Szedł w kierunku swoich kolegów, którzy wybiegli. Tomek podniecony słowami starszego kolegi oraz fotografa w jednym, postanowił nie kończyć swojej przygody na dzisiaj. Zrobił tylko ostatnie zdjęcie odwróconego Erkh’a. Na jego aparacie można było zobaczyć 0, co oznaczało, że film się skończył. On dalej biegł dalej przez miasto ze swoim czarnym samolotem i aparatem, wierząc, że kiedyś znowu zobaczy małpki, które dostały skrzydła. Zrozumiał, że ktoś go docenił. Że nie skończy jak tutejsi blokersi przy ławce…
Dzień później w domu, w swoim pokoju trzymał Tomek kopertę z wywołanymi zdjęciami. Był bardzo podekscytowany tym co znajduję się w środku. Przeglądał kolejne zdjęcia i zakręcały mu się kolejne łzy szczęścia w oku. Jego oczy rozszerzyły, a łzy wyschły gdy doszedł do ostatniego zdjęcia na którym powinna się znaleźć sylwetka Erkh’a, a zastał drogę na której nikogo nie było. Było natomiast graffiti w czerwono białych kolorach na asfalcie…ExtremeArts
Erkh – znany polski fotograf z grupy ExtremeArts. Zajmuje się fotografowaniem traceurs, a jego twórczość można znaleźć na jego stronie www.erkh.com.
Depresja…
styczeń 21, 2007
Depresja
„(…)To nie Twoja wina mamo. To nie Twoja wina tato. Wiem, że mnie kochacie. Ja też Was kochałem i dalej będę, ale już nie mogę być przy Was. Rodzicie nie powinni grzebać własnych dzieci, ale jestem już na tyle dorosły, że mogę o tym sam zadecydować. Przykro mi, że zastaniecie taki obraz, ale to chyba najprostsza i najpewniejsza forma(…)”
Po napisaniu listu, wziął broń do ręki i włożył jedną kulę do magazynku. Załadował i ze łzami w czach popatrzał ostatni raz przez okno. Trzęsącą ręką zabezpieczył broń i kierował ją powoli w kierunku swoich ust. Towarzyszyła temu wszystkiemu jego ulubiona piosenka, która leciała na komputerze ‘Therion – The mega therion’. Był to dla niego coś więcej niż zwykły utwór. Dwa lata i trzy miesiące był chory na depresję z którą nikt nie potrafił sobie poradzić, a od początku jego życia towarzyszyła mu ta piosenka. Najpierw w ojciec słuchając jej, a teraz on. Ta na pozór wesoła piosenka obijała się o jego drętwe ciało i ciemny pokój. Na czarno pomalowane ściany sprawiały, że słońce miało mało do gadania. Jesse kochał czerń, i czuł w tym kolorze coś, czego w żadnym innym nie mógł znaleźć Nawet swoje książki oprawiał w czarny papier. Uważał, że okładka nic nie mówi o treści, więc nie miało to dla niego większego znaczenia. Żył w chaosie, który ogarniał jego pokój. Pomimo porządku, który tam panował, można było tam znaleźć masę niepotrzebnych rzeczy, które tworzyły klimat nie z tej ziemi. Kochał ciężką muzykę, za co wielu go nie rozumiało oraz odwracało się od niego. Był religijny i wierzył w Boga, Anioły. Gdy miał już powoli naciskać spust, zauważył takiego anioła za oknem. Jego źrenice rozszerzyły się i przestał na chwilę płakać. Patrzał w niego, a w sumie w nią, jak zakochany na swoją miłość. Ta długowłosa brunetka stała się lekarstwem, które uratowało mu życie tego dnia… Rok później.
Przemek : Mam pomysł!”Krzyknął jeden z nich.”Widzisz tą rurkę? Zrobię na niej zwis głową w dół. Ty zrobisz monkey z tamtego murku i złapiemy się w powietrzu. Siłą lotu przerzucę Cię dalej do cata na tamtej ścianie! Trochę to cyrkowe, ale co tam. Może fajnie wyglądać!!
Adrian : Czyś Ty zgłupiał do reszty? Pozabijać nas chcesz? To w ogóle nie jest Parkour!
Jesse : W sumie robiliśmy to na sali. Można spróbować. Ja się na to piszę Przem. W końcu jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, nie? Hm. Co do tego, czy to jest czy nie jest Parkour, można się sprzeczać Adrian.
Takie i inne rzeczy wyprawiali biegając po mieście. Byli dość znanymi w kraju traceurami. Nie chodzili na zjazdy, warsztaty i nie potrzebowali pojechać do Lisses. Wszystko to znajdowali w swoim towarzystwie i w swoim mieście. Mieli siebie i swoją wyobraźnię, która była jedynym problemem w wymyślaniu niesamowitych wyczynów.
Adrian : Matko Boska! Świry! Nakręciłem to!
Jesse : Ale jazda! Panowie, to było coś.
Przemek : Ciebie chyba coś więcej dzisiaj czeka niż adrenalina Jesse bo Ala tam stoi i czeka na Ciebie. Zaraz Ci się pewnie oberwie.
Adrian : Pantofel jeden!! haha!! Takie rzeczy wyprawia, a babie się daje!
Jesse : To nie byle jaka „baba”, tylko moja dziewczyna, do której mam niestety słabość. Co ja na to poradzę?
Przemek : Idź już. Adrian, biegniemy na Zamkową pobiegać? Wynalazłem tam ciekawego monkey jump’a…
On potrafił rozdzielić miłość od miłości tak, by jedno drugiemu nie szkodziło. Nauczył się widzieć rzeczy, które kocha w inny sposób, by inaczej je kochać. Tak jak kochał Alę pełnym sercem, tak duszą oddawał się sztuce latania. Nikomu nie wychodził ten układ na złe.
Ala : Pamiętasz co Ci mówiłam? Połamiesz nogi, albo coś innego to sie możesz nie pokazywać, a ja Cię w szpitalu nie odwiedzę! Tym bardziej się o Ciebie boję po tym, jak wczoraj się przewróciłeś na prostej drodze łamago!
Jesse : Ej! Tam wystawał korzeń! Nie widziałem go przecież no! Ile razy mam się powtarzać?
Ala : Też mi korzeń. O to nie potknęłoby się dziecko!
Jesse : Ale Twoja miłość się potknęła. A teraz chodź tutaj i dawał buzi!
Ala : Phi! Nie dam!
I tak para zakochanych w sobie po uszy młodych ludzi żyła ze sobą już prawie rok razem. Ona należała do jego grupy będąc ‘ maskotką drużyny’ jak to lubili nazywać. Występowała w filmach, które kręcili. Jesse wymyślał często jakieś fabuł do ich filmów, gdyż łeb miał tęgi i lubił wychodzić poza granice zwykłego życia. 8.00 w domu Jesse. Wszyscy się powoli budzili, ale Jesse był już gotowy do wyjścia na poranny trening siłowy. Lubił czasem sam potrenować ze słuchawkami w uszach słuchając swojego mp3. Dzisiaj było troszkę inaczej.
Mama : Jesse, zanim pójdziesz się połamać to pójdź po chleb bo później już z Ciebie żadnego pożytku nie będzie! Masz tu pieniądze i idź.
Jesse : Zawsze byłaś kochaną mamą. Zaraz wrócę.
I zaiste tak było, gdyż droga do piekarni była bardzo prosta dla traceura, ale zawikłana dla zwykłego pieszego. Jesse lubił wyskakiwać przez okno swojego pokoju, gdyż zajmowało to po prostu mniej czasu, a że mieszkali oni na pierwszym piętrze, to matka przymykała na to oko.Przeskakując nad głowami ludzi, którzy się śpieszyli do piekarni w obawie o to, czy jest jeszcze chleb, wyśmiewał Jesse ludzi pod sobą. Wszyscy patrzyli na niego z skwaszoną miną za nieuczciwość, która według nich miała tutaj miejsce. Piekarnia
Sąsiadka : A Ty znowu wandalu jeden niszczysz te dachy i wpychasz się w kolejkę! Wy młodzież już nie macie co robić tylko niszczyć wszystko wokół? Ja porozmawiam z Twoją mama i może Ci wreszcie przemówi do rozsądku!
Jesse : Przecież Pani już rozmawiała trzy razy z tego co pamiętam. Ja się nie wepchałem, a za mną był ten Pan co właśnie wybiera sobie świeżę bułki i prosił mnie o zajęcie mu miejsca.
Sąsiadka : Co za bezczelność! Nie zapominaj, że rozmawiasz ze starszą osobą! Naucz się manier i kultury! Pomyśleć, że Twoja matka jest nauczycielką! Jak dobrze, że nie uczy mojego dziecka!
Ekspedientka : No ma Pan szczęście. Ma Pan tutaj ostatni chleb. To będzie 2.70zł.
Sąsiadka : No Pani sobie chyba żartuje! Ten świat po prostu spada na psy! Co za czasy! Za moich czasów…
Jesse : …nie było chleba. A teraz Pani wybaczy, ale muszę już lecieć.
Sąsiadka : Co za cham! Chodź tutaj!
Ekspedientka : Może coś Pani podać?
Życie rozpieszczało Jesse takimi sytuacjami. Kochał rozmawiać z bardziej ograniczonymi od siebie. Droga powrotna była prostsza, co pozwoliły na szybsze dojście do domu.
Mama : No idź żesz po ten chleb! Ile mam na Ciebie czekać? Skaczesz po dachach a chleba nie umiesz kupić?
Jesse : Proszę mamo. Chleb podrożał, więc wisisz mi 20groszy. Ja już idę, pa!
Ciag dalszy nastapi….
Niewazne w czym…wazne jak.
listopad 17, 2006

Opowiadanie.
październik 6, 2006
Surrealistyczny świat Parkour Underground część 2ga – ostatnia.
Jutro walka. Idę sobie pobiegać po mieście. Jest dość wcześnie rano. Słońce dopiero budzi się ze snu. Lubię biegać o tej porze. Jestem wtedy sam i miasto, które dopiero powoli otwiera oczy. Biegnę cicho i płynnie, by nie obudzić nikogo. Mój kolega powiedział kiedyś, że szczyt płynności to wylądować przed muchą, która Cię nie poczuję i pozostanie obok Ciebie. Pomimo tego, że to abstrakcja, to jednak miało to coś w sobie. Nie szukałem much, lecz murków. Mieszkałem w dość dużym mieście. Blisko nas znajdował się las a w nim zamek. Czasem sobie tam biegałem. To coś innego niż zwykła cegła, bądź murek stworzony przez jakiegoś PRLowca. Kochałem wolność jak każdy z nas. Wiele razy myślałem nad odłączeniu się od tej organizacji. W sumie mogę i sam biegać. Będzie trudniej, ale zawsze to Parkour. Z jednej strony czuje się dumny z tego, że zostałem zauważony wraz z moimi umiejętnościami. Z drugiej zaś, czułem się jak uwięziony ptak, który był w wielkiej klatce. Tak wielkiej, że nie było widać jej końca, ale była to klatka. Byłem uwięziony psychicznie.Wtedy zauważyłem jego. Przebieg murek robiąc speeda i znikł w lesie. Postanowiłem pobiec za nim. Od razu poczułem, że to nietuzinkowy człowiek. Dynamizm, który wypływał z niego podczas przeskoku był tak wielki, jak swoboda z którą pokonał murek. Biegłem za nim ile sił w nogach. Zatrzymał się po precision jump. Był plecami do mnie. Ręce trzymał z tyłu. Pewnie usłyszał jak za nim biegnę. Dobiegłem do niego. Popatrzałem mu w twarz. Uśmiechnął się do mnie i zaprosił do biegu. Nie zawahałem się ani chwili i pobiegliśmy. Byliśmy jak bracia, którzy spotkali się po latach. Wiele ze sobą rozmawialiśmy, wymienialiśmy się doświadczeniem. Pokazywaliśmy sobie miejsca, gdzie zazwyczaj ćwiczymy. Mieszkał w mieście obok. Nie znałem go, ani on mnie. Mijaliśmy się najwidoczniej. Powiedziałem mu, że jestem w organizacji i, że chcę go zaprosić do wstąpienia do nas. Zgodził się z uśmiechem na twarzy. Nie był to uśmiech szczęścia. Był on bardziej złowieszczy. Z przesłaniem, którego na początku nie pojąłem. Umówiliśmy się na jutrzejszy poranek. Chciałem poćwiczyć przed kolejną walką. Dzisiaj jeszcze była przede mną wieczorna sesja. Lubię tak nazywać bieg. Nie wiem czemu.Mój wieczorny bieg rozgrywał się w nostalgicznym, tajemniczym oraz pełnym nienawiści biegu. Dochodziło do mnie coraz bardziej jak niszczę swój Parkour należąc do tej organizacji. Wiedziałem, że istnieje wiele dobrych traceur, którzy nie zostali zauważeni, a jednak ćwiczą sami, bądź w małych grupkach bez akrobatyki, bez szpanu, rywalizacji. Wszystko co złe przelatywało mi przed oczami. Nerwowo biegłem. Było to dobre, ponieważ mniej się męczyłem na pokonywaniu przeszkód, a zarazem niebezpieczne, bo mniej się koncentrowałem na nich.Wiele też myślałem o moim znajomym. Wiele mi opowiadał o filozofii Parkour do której doszedł po paru latach uprawiania go. Na ogół pokrywała się ona z moją. Milczał tylko na temat wolności. Gdy ja o niej opowiadałem, on siedział cicho i potakiwał tylko. Zawiódł mnie, ale nie ma ideałów. Kocham miasto wieczorem. Te latarnie, które same mnie prowadzą do kolejnych miejsc, czasem można usłyszeć auto, które nagle przyspiesza. Najpiękniejszy odgłos jednak to ten, który wydaje moja podeszwa podczas lądowania, wybicia się. Gdy barierka się trzęsą gdy za nią łapię. Dla tych dźwięków nie przespałem wiele nocy. Na wielu instrumentach potrafię grać. Każdy inny…beton, piasek, marmur, ziemia. Tworzę własną muzykę, która codziennie inaczej brzmi, a jednak jest to moją stale ulubioną. Poranny biegł minął w milczeniu. Obaj wyglądaliśmy na zmęczonych. Chyba nie tylko ja biegałem wieczorem. Przede mną jeszcze była wieczorna walka, na która nie mogłem puść bez energii. Biegliśmy dość krótko bo godzinę. Uczyliśmy siebie w tym czasie. Tego co lubimy i gdzie wykonywać. Tego jak wychodzimy z opresji. Kochamy to co robimy. Tak nas czyni każdego z kolei mistrzami. Każdy jest lepszy od kolejnego, a zarazem gorszy od poprzedniego. Taki ma być Parkour, w który tak obaj wierzymy. Aż się dziwie, że dopiero teraz to wszystko pojąłem. Jak widać brakowało mi tej bratniej duszy. Pośmiać się z nieudanej techniki wykonanej przez kolegę i śmiać się z samego siebie, gdy i mi wyjdzie. Pozdrowiliśmy się. Życzył mi powodzenia na dzisiejszej walce, na którą właśnie idę. Podziękował mu, choć się tego ponoć nie powinno robić. Co mnie to tam. Dzisiaj spotkanie miało się odbyć pod zamkiem. Szedłem powoli myśląc o tym, z kim tym razem się zmierzę. Czy zdołam podołać wyzwaniu, które zostanie mi rzucone przez sędziów. Myślałem też trochę o sensie tego wszystkiego. Moje myślenie przerwało zdjęcie, które przede mną się nagle pojawiło. Było to trzech sędziów oraz mój nowo poznany kolega. Dwa dni w organizacji i go wzięli od razu do walki. Najwidoczniej był dobry, co w sumie wiem. Nie chciałem z nim walczyć, tak samo jak on ze mną. Było to widać po naszych zaskoczonych minach. Sędziowie to wiedzieli. Śmiali się ironicznie pod nosem. Byli to Ci sami co tydzień temu. Najwidoczniej miałem już ich przypisanych co mogło świadczyć o tym, że wygrałem moja pierwszą walkę. Zaprowadzono nas na dwa murki, które oddzielone były od siebie małą przepaścią tak, żeby można było na nich robić caty, ale zwykłe vaulty. Trzeba było mieć już pewne doświadczenie do tego miejsca. Zazwyczaj większość robi z tych murków tylko salta. Myśmy mieli oponować ich czynom. Zacząć miał nowo poznany kolega. Podszedł do murka i spojrzał się na naszego bohatera z przykrością. Nie chciał tego robić. Nie chciał walczyć ze swoim przyjacielem, który był dla niego jak kropla wody. Nie chciał walczyć ze sobą. Siebie w nim widział. Pobratymca, który codziennie inaczej robi te same rzeczy. Wtedy nasz bohater podszył do niego. Uścisnął mu dłoń i pobiegli razem z dala od miejsca walki. Postanowili walczyć, ale o zdobycie wolności, a nie dla jej obrony, która była tak naprawdę fikcją w ich przekonaniu. To była piękna noc, która sprawiła, że dwóch traceurów zrozumiało co to jest być traceurem i uprawiać bieg wolności.
W tym momencie sędziowie się uśmiechnęli do siebie. No i kolejnych dwóch zrozumiało. Szkoda, że musimy w taki sposób ich na to doprowadzać. Dobra Piotrek, kto jutro walczy? I odeszli w ciemność kontynuując swoje naprowadzania na dobrą drogę, która na zewnątrz nosiła złowieszczą maskę elity, a w środku była najpiękniejszym z wolnych ptaków.
Unknown Traceur czesc 4ta – wstepniak.
wrzesień 30, 2006
Co nas będzie czekać w czwartym numerze Unknown Traceur? Przede wszystkim opis ogólnopolskiego zjazdu w warszawie. Zróżnicowanie zaplanowane trzy dni przez organizatorów nauczą Jessego wiele nowych rzeczy. Dowiemy się również co z jego związkiem z Asią. Czy kwitnie czy nie? Jesse opowie też o problemie, który team musi rozwiązać. Mowa o młodym traceurze, który chce się dołączyć do teamu. To problem powszedni polskiej sceny. Dziesiątki młodych traceurów, którzy czasem nie wiedzą co tak naprawdę może się stać po skoku z dużej wysokości. Jesse pokaże się z romantycznej strony i potraktuje nas krótkim tekstem lirycznym oczywiście o Parkour.
Jedyne co mogę powiedzieć to zapraszam do czytania #10 e-parkour ( który zarazem jest rocznicowym ) wraz z czwartą częścią UT.
Pozdrawiam
nevermind
Opowiadania.
wrzesień 30, 2006
Tym razem chcialbym wam przedstawic dwoszczesciowe opowiadanie z nutka filozofii. Za tydzien czesc druga…
Surrealistyczny świat Parkour Underground – część 1wsza.
Dzisiaj ja miałem swoją walkę przeprowadzić. Nie wiedziałem z kim, ani kto będzie nas sędziował. Jak ta społeczność Parkour się zmieniła. Trzeba było stworzyć tajną organizację Parkour, w których członkowie tworzyli podziemię, bo reszta się zatraciła w głupocie, szpanie bądź w akrobatyce. Pozostali traceurs potworzyli tajnę organizację, do której m.in ja należę. Spotkanie miało zacząć się o 00.00 pod umówionym drzewem. Miało się tam zejść 3ch niezależnych oraz nieznających się sędziów. Sędzią mógł zostać każdy, kto wygrał przynajmniej dziesięć walk pod rząd. Przeciwnicy byli dobierani z zewnątrz. Główną ideą walki było podnoszenie swoich umiejętności na podstawie uczenia się na błędach innych lub swoich. Na podpatrywaniu ‘przeciwnika’, który po walce mógł się okazać Twoim przyjacielem. Uczyliśmy się zachowywać w stresie, przy podwyższonej dawcę adrenaliny. Walki te na początku spotkały się z dużym niezadowoleniem, ale gdy spróbowano pare razy, to odrazu weszło to w obieg. Nie spotkano się z żadnymi przypadkami rządzy wygranej, wkońcu nie ma jako tako nagrody. Kto z kim i kiedy walczy jest tajemnicą. Złamanie zasady może się równać wyrzuceniem z organizacji, co praktycznie niweluje dalsze poszerzanie umiejętności, chyba, że samemu. To będzie moja pierwsza walka. Długo musiałem czekać na ten dzień. Już czas, muszę iść…
Spotkali się wszyscy w umówionym miejscu. Sędziowie byli już tam godzine wcześniej by omówić parę spraw. Taki wymóg. Nasi chłopcy widzieli się poraz pierwszy w życiu. Nie było to nic dziwnego. Wielu traceurs trenuje po cichu, im mniej rozgłosu tym lepiej.
Siedział tam obok drzewa z zamkniętymi oczami i sluchał odtwarzacza mp3. W ogóle się nie ruszał. Próbował się chyba jak najbardziej skoncentrować. Ja szedłem na żywioł. Nikt z nas nie wie gdzie odbędzie się walka. Murek, barierka czy coś innego. Sędziowie czasem spoglądali na nas. Bałem się ich wzroku, ale nie ich samych. Wiedziałem, że są bardzo dobrzy i wiedzą co robią. Idziemy Panowie. Zaraz tutaj za skrzyżowaniem jest miejsce waszej bitwy. Serce zaczeło mi mocniej bić. Spoglądnąłem na mojego rywala z myślą, że nie usłyszał, ale się myliłem. Szedł już w wyznaczone miejsce. Dziwny człowiek. Doszliśmy. Były to dwie barierki połączone ze sobą i tworzyły literę L. Ciekawie się zapowiadało.
Ty, z odtwarzaczem – zaczynasz. I zaczął jak mu powiedzieli. Włączył wcześniej głośniej muzykę, którą wszyscy mogli dobrze usłyszeć. Widać było, że robi wszystko do jej rytmu. Flow miał niesamowity. Płynął pomiędzy nimi jak delfin. Lewą i prawą ręką. Prawą i lewą nogą. Nie miało to dla niego znaczenia. Ciemność też większego problemu mu nie sprawiała, choć raz się zawahał. Spin, back spin, lazy z lewej i prawej, monkey…wszystko co można było. Sędziowie dali mu znak, że jego czas minął.
Pomahali mi na znak, że teraz ja. Popatrzałem na barierki i wiedziałem co mam zrobić. Nie przestraszyłem się drugiego traceura, ani jego wyników. Chcieliśmy obaj robić to co umiemy i to jak najlepiej. Ktoś poprostu musiał potrafić to lepiej niż drugi, a sędziów rola to ocenić. Podszedłem i zacząłem katować barierki. Wykorzystałem swoją nową zdobycz, której jeszcze nie nazwałem. Polegało to na tym, że zatrzymuje się w połowie Back Monkey z nogami pomiędzy rękoma i zaczynam robić stójkę na rękach. Później przekładam jedną rękę za drugą obracając się w lewą bądź w prawą strone wraz z przemieszczeniem się.Wygląda to dość efektownie. Miałem też ciakawą sztuczkę z akro, ale było to surowo zabronione. Zrobiłem więc spina, który jest podobny do gainera. Kręcąc się w tył i lecąc do przodu. Bardzo lubię tą technikę. Wywołuje u mnie drescze. Dziękujemy Ci. Możecie iść do domu. Wyniki nigdy nie były podawane. Miało to na celu zminimalizowanie niepotrzebnych spięć. Nikt nie widział ile ma wygranych na koncie. Szedł do kolejnej walki jak do poprzedniej. Z nadzieją, bo nic innego mu nie zostało.
Tak to się niestety stało. Oczywiście istnieją ruchy sprzeciwiające się temu całemu tajnemu undergroundowi. Ja zostałem zwerbowany przez kolegę. Każdy ma możliwość zwerbowania tylko jednej osoby. Ja swoją szansę jeszcze mam. W biegu po mieście wyłapuje zdolnych traceurs, którzy uprawiają Parkour też z głową, a nie samymi mięśniami. Mało, ba, coraz mniej takich jest niestety. Ja osobiście staram się uczyć napotkanych oraz tych, którzy mają jeszcze jakąś szansę by się zmienić z szpanera na traceura. Niestety…
Sam nie wiem, czy się mam cieszyć z tego powodu, że zostałem dołączony do tej ‘elity’. Czy to nie zatraca wolności? Wsumie biegnę wolny tylko pod czyimś szyldem, o którym i tak nikt nie wie.
Za tydzień czeka mnie kolejna walka. Muszę się przygotować fizycznie i psychicznie. Nie wiem, czy wygrałem mą pierwszą, ale to mnie nie interesuję. Czerpię z tego tylko zabawę. Taki już jestem. Bezbronny motyl w roju pszczół.
Opowiadania.
wrzesień 22, 2006
Sztuka zabijania.
No, wreszcię znalazłem ustronne miejscę w tym lesie. Nikt nie zauważy, nikt nie usłyszy. Jakie to życie przelotne i głupie. Wystarczy pociągnąć raz za spust by się zabić, a latami męczyć, żeby dosięgnąć szczęścia. Ja na swoje zapracowałem i co? Teraz klękam tutaj i patrze w ziemię. Boję się. Nie chcę tego zrobić, ale, to ja, to moja wina. Przeze mnie, to wszystko przeze mnie. Wczoraj gdy biegał spotkał młodego chłopaka. Wysportowany 14astolatek, który chciał biegać tak jak jego starszy znajomy. Chciał poczuć wiatr w swoich krótkich włosach. Zapytał się raz..’ mogę z Tobą pobiegać? Jestem wysportowany’. Zawahał się na chwilę, ale z drugiej strony smutno mu było samemu tak biegać…’ok, możemy sobie razem pobiegać, ale uważaj na siebie’. I biegli razem przez miasto. Świerzo upieczony traceur dawał z siebie tyle ile potrafił. Podpatrywał swojego ‘mistrza’. Z czasem już do niektórych technik nie musiał się namyślać. Wiedział co zrobić i jak. Szybki z niego uczeń. Barierki, murki, ogrodzenia, dachy. Nadszedł i moment na wyrwę pomiędzy schodami, którą można było pokonać cat too cat bądź monkey to cat. Zrobił jako pierwszy nasz doświadczony traceur. Drugi się zlękł…’Lepiej tego nie rób. Jesteś za młody i mało doświadczony’. Posłuchał go i zszedł spokojnie schodami na dół. Zaczeli ze sobą rozmawiać, a nauczyciel dawał najważniejsze wskazówki swojemu uczniowi…Co mnie skłoniło? Jaki ja jestem głupi i nieodpowiedzialny. Jak te drzewa się na mnie patrzą. Widzą we mnie winowajcę. Ptaki nie śpiewają. Wiatr tylko wieję i bije mnie kolejnymi podmuchami po plecach. Ja wiem…już…za chwilę…Umówili się za dwa dni. W tym samym miejscu. Uczeń jednak był niecierpliwy i chciał sam potrenować. Miał brata w swoim wieku. Postanowił również go nauczyć sztuki biegania. Poszli razem. I znów, jak krople wody, przemieżali jedna, drugą i trzecią barierkę, murek…Wszystko pozostawiali za swoimi plecami pokonane. Pozostała wyrwa. Starszy uczeń spróbował, udało mu się, choć z ledwością. Wisiał trzymając się rekoma. Wspioł się i uśmiechł…’wow, co za przezycię. Już wczoraj powinienem to zrobić’…Tymi słowami rozbudził on swojego brata. Nic nie mówiąc co zamierza, cofnął się do rozbiegu i zaczął biec…Tyle lat zmarnowane. Tyle miesięcy treningu, a zapomniałem trenować swój umysł. Zapomniałem jaką to ma siłę. Zapomniałem, że to sztuka, która można wiele zdziałać. Ciemno już nawet się wokół mnie zrobiło. Słońce zostało zatrzymane przez gałęzie drzew. Rozumię…Położył obie ręcę na murku, który sięgał mu do pempka odbił się mocno i przeleciał na drugą stronę. Z trudem się złapał drugiego murka. Czuł dreszcz emocji, który opanował jego ciało. Nie potrafił się jednak wdrapać. Brat próbował mu pomóc. Złapał go za jedną rękę. Druga sama z powodu dużego ciężaru się póściła. Wisiał teraz, będąc trzymany tylko przez swojego brata, który nie potrafił go utrzymać. Ciężar przeważył. Oboje spadli. Jeden wylądował na drugim, co spodowało, że tylko jeden z nich poważnie ucierpiał. ‘Tylko’…Przeżył, ale już nigdy nie będzie mógł biegać, normalnie iść, zyć. Już dobiegł czas. Po co się mam męczyć? Muszę odkupić za swoją głupotę. Jestem starszy, powinienembył wiedział, byłem starszy. Chmury zgęstniały a wrony zaczeły krakać. Słońce skryło się, gdyż nie przywykło do takich scen. Drzewa pod wpływem wiatru szalały i kiwały się na wszystkie strony. Huk…i wszystko ucichło. Tylko ptaki z przerażenia uciekły. Drzewa już się uspokoiły bo wiatr ucichł w żałobie. Słońce nieśmiało spogląda pojedyńczymi promieniami na ziemię, by sprawdzić co się stało. Na ziemi leżała tylko broń i łuska. Były też ślady, które biegły w kierunku wyjścia z lasu. Obok, leżało zdjęcie, ukazująze niedoszłego samobójcę wraz z dwoma kolegami z teamu, którzy skakali z niskiego balkonu. Jedna twarz była przedziurawiona, na znak poraszki. Nie potrafił. Zrozumiał za to jedno, że z wielką siła idzie wielka odpowiedzialność. Tak i z Parkour.
Część mnie – dopasowanie fabuły do filmu.
wrzesień 22, 2006
Wiele osób zachwyca się właśnie tą fabułą. Bardzo im podoba się wątek emocjonalny. Mówią, że wywołuje to u nich uczucia, które czuje samobojca. Żałują również, że nie można tego przełożyć na film. Czyżby? W tym krótkiej notce chcę napisać jak można przełożyć ten utwór na możliwą do wykorzystania fabułe.
Co nam potrzebnę? Przede wszystkim dziewczyna i chłopak, który potrafi grać. Rola nie jest prosta, ale nic nie jest niemożliwe. Zresztą, cebula czyni cuda. Pierwsze problemy pojawiają się, gdy bohater musi wejść na dach budynku i z niego skoczyć. Jak to rozwiązać? Można pokazać ujęcia z dwóch różnych miejsc. Jedno jak ktoś stoi na wysokim budynku, a następnie, gdy dochodzi do skoku, można dać zdjęcię z dachu od tyłu bohatera, lecz z innego już dachu ( naturalnie o wiele niższego ). Do samego skoku też nie musi dojść. Można również pokazać samo zdjęcię na nim, a następnie zdjęcia, które mu przelatują przed oczami – te z dziewczyną, a następnie jak już leży na dole.
Kolejny problem to wielość sobowturów. To można pokazać w dwojaki sposób : pierwsza wersja wygląda tak, że sylwetki tak samo ubranych traceurs pokazane będą tylko od tyłu. Druga możliwość, to wzięcie słowa ‘tacy sami’ jako przenośnię. Nas traceurs wiele łączy i właśnie o to głownie chodziło. Oni są tacy sami, bo wiedzą co on czuł w tej chwili. Kochał ten sam sport. Z tej metafory można zrobić zwykłe ujęcie, choćby tylko tak samo ubranych traceurs?
Reszta, jeden po drugim wskakiwała w jego ciało – to chyba najtrudniejszy moment do ujęcia. Tutaj można nie ujmować w kadrze ciała leżącego traceura, lecz kamera może być zwrócona na ‘tego w jasnych kolorach’. Przed nim mogą wykonywać różnę wariację traceurs, po których będą robić rolla, co sprawi, że nie będzie ich widać w kadrze kamery.
Wszystko jest możliwe. Taki już jest ten świat. Ogranicza nas nasz umysł. Tylko to nam przeszkadza w byciu kim chcemy. Nasz ograniczenie umysłowe…ograniczenie spojrzenia na świat. Jeden widzi obrzydliwego pająka, drugi piękną śmierć. Co Ty widzisz?
Opowiadania.
wrzesień 22, 2006
parFILkour.
Umówiłem się ze znajomymi pod murkiem, gdzie kiedyś często przesiadywaliśmy. Był dzisiaj słoneczny dość dzień. Trzeba było to wykorzystać, że akurat Romek miał wolnę, więc można się spotkać spowrotem jak za starych dobrych czasów w trójkę. Ja, jak to ja, lubię być na czas, więc jak zawsze wyszedłem wcześniej. Po drodzę akuratnie spotkałem paczkę. Gdy doszliśmy na miejscę spotkaliśmy tam traceurs jak to oni lubią siebie nazywać. Jakoś nigdy mnie Parkour nie pociągał. Wydawał mi się to prosty sport. Zresztą, moim znajomym też. Jako, że mieliśmy wtedy wszyscy dobre humory, postanowiliśmy spróbować parkourowych wyczynów. Ja się przewróciłem, a moi kolecy wyglądali strasznie komicznie w swoich poczynaniach. Scena ta wywołała śmiech u trenujących obok nas. Byliśmy wysportowanymi chłopakami. Każdy z nas uprawiał jakiś sport na własną rękę. Postanowiliśmy upiec tym trzem nosa. Przez okolo 2tygodnie ćwiczyliśmy każdego dnia wszystkie techniki, które znaleźliśmy w internecię. Dowiedzieliśmy się co to jest Parkour. Dobrze, że to ta forma bez akrobatyki. Byliśmy gotowi. Obserwowaliśmy naszych snobów od pewnego czasu i rozszyfrowaliśmy, że biegają systematycznię po określonym torzę. Zapoznawaliśmy się z kolejnymi miejscami zaraz gdy tylko oni poszli biegać kawałek dalej. Po pewnym czasię dawało nam to nawet frajdę. Nadszedł dzień sądu. ‘Nieświadomi przeciwnicy’ wybiegli i zaczeli czarować po swojemu. Wtedy naszedł nas dylemat. Zrozumieliśmy, że jesteśmy juz lepsi. Nie trzeba było ich ośmieszać. Poszliśmy tam gdzie się umówiliśmy 3tygodnie wcześniej. Tam, gdzie nie dokończyliśmy rozmawiać. Wsumie to i tym razem nie rozmawialiśmy, a ja nauczyłem się speeda na lewą i prawą rękę.